Caroline Janice Cherryh
Przybysz
. Księga 3 . Rozdział 13 .
Jeżeli nawet Ilisidi jechała jakimś ustalonym szlakiem, to
Bren-jej nie widział, nawet kiedy Nokhada deptała Babsowi po piętach. Zobaczył
Ilisidi wysoko wśród potężnych głazów. Babs przemykał między nimi niczym któryś
z ulotnych duchów Malguri.
Nie dostrzegł grzbietu wzgórza - jedynie w tej samej chwili z
pola widzenia znikli mu Ilisidi i Cenedi. Jadąc za nimi na czele
dwudziestokilkuosobowej kolumny znalazł się na wietrznym, zawalonym głazami
stoku, wznoszącym się nad płytkim strumieniem i koleinami, które wiły się wśród
zarośli.
Droga? zapytał się w duchu.
Czy te ślady to ta zachodnia droga, o której mówił Cenedi?
Droga, na której mieli spotkać resztę grupy?
Inni jeźdźcy dołączyli do niego na grzbiecie wzgórza i Cenedi
wysłał jednego z nich na dół, żeby sprawdził, jak usłyszał Bren, czy są jakieś
świeże ślady.
Chodziło o ślady zrobione przez maszynę.
Ciężarówka mogłaby przebyć tę drogę pod warunkiem, że miałaby
dobre zawieszenie i grube opony.
A jeśli przeciwnik dysponował zaledwie zwykłymi ciężarówkami i
nie wykorzystał samolotu z lotniska w Maidingi, to Ilisidi mogłaby ich
poprowadzić z powrotem przez grzbiet i nie dać się złapać żadnemu pieszemu
pościgowi.
A zatem ich sposób ucieczki z Malguri nie był szalony. To nie
były zagospodarowane wiejskie tereny na Mospheirze. W promieniu kilku dni
podróży nie było tu linii telefonicznej ani linii wysokiego napięcia, bitej
drogi czy torów kolejowych.
Stali tak na zboczu i czekali. Ateva wysłany przez Cenediego
zjechał na dół, przyjrzał się koleinom i wrócił na górę. Dał ręką znak, że nic
nie znalazł.
Bren wypuścił powietrze z płuc. Serce zrobiło mu się ciężkie od
zbyt słabo thunionych przypuszczeń i podejrzeń. Był gotów wtrącić swoje trzy
grosze, że w związku z walkami w Malguri nie mogą wymagać od Banichiego
punktualności i że powinni na niego zaczekać.
Zanim jednak zdążył otworzyć usta, Cenedi stwierdził, że
powinni zsiąść z wierzchowców i poczekać.
To poprawiło jego zdanie o Cenedim. Poczuł się po stokroć
swobodniej w obecnym towarzystwie, bez względu na kierujące nim motywy. Zaczął
zsiadać tak, jak uczył go Cenedi. Szturchając Nokhadę stopą, usiłował ją zmusić
do ugięcia nogi, ale pomysł ten najwyraźniej nie przypadł jej do gustu. Wyrwała
mu wodzę z ręki swobodnym podrzutem głowy, co wywołało przeszywający ból w jego
nadwerężonym ramieniu, po czym obróciła się złośliwie głową w górę stoku, tak że
ze względu na stan swoich nóg, Bren po prostu nie mógł zsiąść z tej wysokości.
Przeklęte bydlę.
Kopnął ją. Wykonali jeszcze jedno żenujące, niepotrzebne kółko
na zboczu.
Wtedy zlitował się nad nim jeden z jeźdźców, który zsiadł ze
swego wierzchowca i wziął wodzę Nokhady.
- Nand' paidhi. - Bren poznał po głosie, że to ten sam
mężczyzna, który stłukł go w łazience. Ateva obrócił Nokhadę bokiem do stoku i
czekał, żeby podtrzymać Brena, kiedy ten zsunie się na ziemię.
Bren na pewno nie zamierzał wybaczyć nikomu, kto pomagał w tej
zeszłonocnej szaradzie.
Nie znajdował się też jednak wśród wrogów, co przez cały czas
starał się wyjaśnić Cenedi, a ten ateva właściwie nie stłukł go dla własnej
przyjemności, tylko odwiódł go od dalszych prób ucieczki.
Bren zrezygnował więc z pretensji i pozbył się urazy. Z cichym
"Dziękuję, nadi" zsunął się z siodła i padł na ziemię. Sądził, że przynajmniej
uda mu się ustać. Puściły mu kolana - znalazłby się pod brzuchem Nokhady, gdyby
nie podtrzymał go podwładny Cenediego. Odzyskał czucie w nogach prawie w tej
samej chwili, kiedy je wyprostował.
Udało mu się wziąć do ręki wodzę Nokhady i mrucząc
podziękowania za ratunek, odkuśtykał na bok, żeby usiąść w samotności. Pomyślał,
że to bardzo dziwny ból, nie taki znów zły: krew wracała na swoje miejsce, a
ciało dochodziło do wniosku, że powinno go być więcej wokół pewnych, wcześniej
nie odkrytych, części ludzkiego kośćca.
Stwierdził jednak, że nie chce mu się siedzieć. Oczy łzawiły mu
na chłodnym wietrze, wytarł je więc ręką, której o mało sobie nie wykręcił przy
zsiadaniu. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest - przypomniała mu się piwnica,
własny gniew. Patrząc w dół stoku, Bren stracił poczucie czasu. Postanowił
odpoczywać, przestępując z jednej nogi na drugą, podczas gdy Nokhada opuściła
głowę i ryła okrytymi metalem kłami pod zdrewniałym krzaczkiem, który wreszcie
dał się oderwać od ziemi. Nokhada zaczęła go miesić muskularną górną wargą i z
zadowoleniem pożarła.
Zimno uśmierzało ból. Bren chciał tak bezmyślnie stać i
patrzeć, jak Nokhada niszczy roślinność, lecz wciąż nawiedzały go myśli - o tej
drodze na dole i o tym, że być może Banichiemu i Jago nie udało się wydostać z
Malguri.
Oraz o tym, że kwestia stanowiska, jakie zajmuje Ilisidi, wcale
nie musi być prosta ani nawet zamknięta. Wdowa stanowiła dziką kartę,
niebezpieczną dla wszystkich w sytuacji, kiedy Patronat praktycznie się
rozpadał. O tym, że Bren znajduje się w pewnych rękach, przekonał go jedynie
fakt, że czekają na Banichiego, i to z wielką, jak na atevich, cierpliwością.
Będąc atevą, Cenedi mógł wrócić do swego wczorajszego zadania i bez
najmniejszych skrupułów odsłonić kolejną warstwę prawdy, bo, będąc atevą, Cenedi
uważał, że jego moralność to dobro Ilisidi - dobro, którego ocena mogła się
jednak okazać inna przy najdrobniejszej zmianie koniunktury.
Ilu ludzi mieszka na Mospheirze, nand' paidhi?
Szczerze żałował, że nie ma przy sobie broni, pistoletu jednak
nie było w neseserze, który przyniósł mu Djinana. Bren wyczułby jego ciężar. Nie
miał pojęcia, co się z nim stało.
Miał nadzieję, że wrócił do Banichiego i nie pojawi się jako
dowód na jakiejś rozprawie, której Tabini-aiji nie będzie mógł zapobiec.
Z góry stoczyło się kilka kamyków - jakiś puszczony luzem
mecheita rył w ziemi, szukając czegoś do zjedzenia. Nokhada, zajęta
przeżuwaniem, nawet nie postawiła uszu.
Wtem wszystkie mecheiti podniosły głowy i popatrzyły w dół,
gdzie krzywizna stoku zasłaniała dalszy odcinek drogi. Atevi schowali się za
głazami. Cenedi pojawił się przy Brenie dwoma szybkimi krokami, odciągnął go od
Nokhady i pociągnął w dół za spory odłam skalny.
Wtedy, w zapadłej ciszy, Bren usłyszał silnik. Przy pierwszych
oznakach niebezpieczeństwa, mecheiti skupiły się wokół Babsa, którego wodzę
trzymała w ręku Ilisidi. W ten sposób wdowa panowała nad całym stadem, nie
pozwalając mu zejść niżej.
Hałas silnika narastał, przybliżał się.
Jeden z atevich zapytał o coś, lecz Cenedi ruchem ręki nakazał
mu pozostać w ukryciu.
Coś zagrzechotało, stuknęło i rozniosło się echem wśród wzgórz.
Co to takiego? zastanawiał się przez moment Bren.
Wtedy usłyszał huk eksplozji. Mięśnie mu drgnęły, serce zaczęło
gwałtownie bić ze strachu. Cenedi zerwał się i zaczął przemykać od kryjówki do
kryjówki, kierując wszystkich z powrotem na górę, do mecheiti.
Wycofywali się. Ten grzechot to były odgłosy strzałów; Bren
poznał je, kiedy hałas się powtórzył. Wymiana ognia. Cenedi dał znak najpierw
jemu. Bren poczuł w nogach drżenie, które przypisał czystemu przerażeniu. Miał
nadzieję, że zza wzgórza zaraz się pojawią Banichi i Jago.
Nie mogą przecież teraz się wycofać - jeśli tamci strzelają, to
do wrogów, co oznacza, że tuż za wzgórzem, blisko nich, są Banichi i Jago...
Wzdłuż biegnącej dołem drogi rozciągnęła się chmura czarnego
dymu, niesionego silnym wiatrem. Bren zobaczył, że ktoś tam biegnie, jakaś
pojedyncza postać w czarnym mundurze...
To nie atak, tylko jeden ateva, który okrążył skały i rzucił
się, utykając, pod górę - ktoś drobniejszy od przeciętnego mężczyzny.
Jago. Bren zdał sobie z tego sprawę w ułamku sekundy; poderwał
się i popędził w dół, wywołując drobne lawiny żwiru, ślizgając się i zdzierając
sobie skórę na dłoniach. Dopadł do niej w połowie stoku, zakurzony i zdyszany.
Kobieta oparła się o głaz.
- Zasadzka przy Wieżach - wydyszała. - Wracaj na górę! Powiedz
Cenediemu, żeby się wycofał! Jazda!
- Gdzie jest Banichi?
- Idź, do cholery! Bak wybuchł, samochód się pali, Banichi nie
może chodzić, zatrzyma ich, żeby dać wam trochę czasu...
- Do diabła! Jak to, zatrzyma ich? Czy on tu idzie?
- Nie może, do cholery. Bren-ji...
Nie słuchał atewskiej logiki. Rzucił się pędem ku zarośniętej
krzakami drodze, w dym. Słyszał, że Jago biegnie za nim, klnąc go i wołając, że
jest głupcem, żeby wracał i nie ryzykował.
Wtedy usłyszał za sobą jeźdźców. Zahamował na kamykach na
ostatnim odcinku zbocza i chwycił się głazu, żeby ostro skręcić na drogę, w dym,
bojąc się, że stratują go mecheiti, a najbardziej tego, że złapie go Cenedi,
zmuszając do odwrotu i zostawiając Banichiego bez pomocy.
Poczuł gorąco i zobaczył czerwony ośrodek czarnej, kłębiącej
się chmury, która zmieniła się w płonący szkielet ciężarówki z otwartymi
drzwiczkami. Po otaczających wzgórzach niósł się grzechot strzałów, a wśród nich
Bren wychwycił ostry trzask pistoletu, dobiegający gdzieś z bliska, zza
ciężarówki.
- Banichi! - wrzasnął, rozcierając sobie po twarzy sadzę i łzy,
usiłując cokolwiek dojrzeć przez gryzący dym. Zobaczył coś czarnego,
odbijającego się od szarości skał, z boku drogi, czarną postać mierzącą z
pistoletu we wzgórza. Ziemia wokół Brena podskoczyła nagle w kilku miejscach w
górę, posypały się kamyki - ktoś do niego strzelał - rzucił się więc w kierunku
tej postaci, mając za jedyną osłonę dym. Pociski trafiały w leżące przed nim
głazy. Jeden z odłamków ukłuł go w nogę, kiedy nurkował między skały, gdzie
schronił się Banichi.
- Ty cholerny głupcze! - wrzasnął Banichi, ale Bren się tym nie
przejął. Chwycił go za rękę, starając się postawić go na nogi. Banichi
najwyraźniej cierpiał. Chwytał się skał i usiłował się wyswobodzić z rąk Brena,
a wokół nich kule odłupywały drobne kawałki głazów.
Nie byli już sami - obok Brena zjawiła się Jago i chwyciła
Banichiego z drugiej strony. W obliczu takiej pomocy Banichi skapitulował i
przestał się opierać. Przebrnęli przez koleiny. Z lewej strony ktoś zaczął
strzelać, nisko nad ziemią. Kule roztrzaskiwały kamienie albo z głuchym stukiem
wbijały się w płonący wrak ciężarówki. Żar płomieni pozbawiał tchu i palił
skórę. Przeszli na drugą stronę drogi, kryjąc się w dymie.
W ciężarówkę trafiły kolejne pociski.
- To Cenedi - wydusiła Jago. - Jest na drodze!
- Wzdłuż strumienia! - krzyknął Banichi i, mocno utykając,
poprowadził ich oboje w dół zbocza. Tuż za ciężarówką ześliznęli się między
głazami do strumienia, w którym wylądowali po kolana w wodzie. Wszystko
spowijała mgiełka dymu.
Płuca paliły. Oczy łzawiły. Bren tłumił kaszel, trzymając
Banichiego, usiłując zachować równowagę mimo nierówności terenu i chwiejnych
kroków atevy. Jago była wyższa, więc radziła sobie o wiele lepiej.
Kaszląc i potykając się, wyszli jednak spod ostrzału. Banichi
osunął się na kolana na kamienistym brzegu i, wciąż kaszląc, padł na kamienie,
usiłując włożyć pistolet do kabury.
- Nadi, gdzie cię trafili? - zapytał Bren.
- Nie trafili - wykrztusił Banichi między atakami kaszlu.
Czekali na nas. Przy Wieżach. Środki wybuchowe. Cholera, czy to personel
Cenediego?
- Tak - odparła zwięźle Jago i spróbowała postawić Banichiego
na nogi. Chciał się podnieść na jednym kolanie. Jego noga od strony Jago nie
mogła utrzymać ciężaru i Bren pchał z całej siły, pomagając Banichiemu wspinać
się do stanowiska Cenediego, spowitego kłębami dymu.
Wokół nich uderzyły w ziemię kule, wzbijając obłoczki pyłu.
Bren rzucił się na ziemię razem z Banichim i Jago, i rozpłaszczył się między
kamieniami na skraju drogi. Lada moment spodziewał się, że jakaś kula trafi go w
plecy - salwa za salwą orała ziemię, a rykoszety przecinały powietrze we
wszystkich kierunkach, obłupując skały i szeleszcząc w zielsku.
Potem nastąpiła chwila ciszy. Bren zaczął wstawać i ciągnąć ze
sobą Banichiego, kiedy z dymu wypadł jakiś ateva, a za nim dwa mecheiti bez
jeźdźców. Jeden z nich uderzył atevę głową i wyrzucił go w powietrze. Mężczyzna
spadł na ziemię, a mecheiti rzuciły się do niego, rozszarpując go zbrojnymi w
mosiądz kłami i tratując.
- Ruszać się! - krzyknęła Jago. Banichi rzucił się w górę i w
przód, a Bren z całych sił podtrzymywał go z prawej strony. Banichi nie mógł
stać na lewej nodze, więc kosztowało ich to sporo wysiłku. Zbliżały się do nich
mecheiti, olbrzymie kształty spowite dymem. Banichi krzyczał coś o swoim
pistolecie.
Wtem pojawił się jeszcze jeden mecheita, Nokhada. Uderzała
kłami na prawo i lewo, obracała się i błyskawicznie atakowała uciekających przed
nią towarzyszy. Bren chwycił Banichiego za pas i usiłował odciągnąć go od drogi.
Na Nokhadę natarł z boku inny mecheita, przeciągając kłami po jej żebrach, i
wtedy do awantury włączył się Babs, rozdając ciosy obu walczącym, rozdzielając
ich własnym ciałem, spychając Nokhadę za drogę w dół zbocza, a Tali w kłęby
dymu. Reszta mecheiti rozproszyła się, Bren i Jago usiłowali doprowadzić
Banichiego do skał - mecheiti szalały - i kiedy dotarli do głazów leżących u
stóp wzgórza, gdzieś z dymu znów rozległa się salwa. Bren usłyszał, jak ktoś
krzyczy, żeby się wycofać, nie ścigać, zebrać mecheiti.
Jakiś inny głos wrzasnął:
- Dopadną nas, nadi!
- Już wysłali wiadomość przez radio! - krzyknął Banichi na całe
gardło, opierając się rękoma o głaz.
- Cholera! Wynoście się stąd!
- Byliśmy w bezpiecznym miejscu! - odpowiedział ktoś. Giri,
który pojawił się obok Brena i chwycił go za rękę.
- Nand' paidhi, co ty zrobiłeś?
- Stracił rozum - odparła ostro Jago. Giri zajął miejsce Brena,
podtrzymując z jego strony Banichiego. Z dymu wychodzili inni członkowie grupy,
wciąż strzelając wzdłuż drogi, ale nikt im nie odpowiadał ogniem.
- Będą próbowali zajść nas od tyłu albo mają gdzieś dalej
furgonetkę - usłyszał zadyszany głos Jago. - Musimy się stąd wynieść, podali
nasze namiary. Samoloty pojawią się tu szybciej, niż zdążymy o nich pomyśleć. To
nie są amatorzy.
Atevi biegali wśród mecheiti, usiłując zaprowadzić porządek.
Bren spostrzegł Nokhadę i podbiegł do niej, żeby złapać wlokącą się za nią
wodzę. Mecheita miała długą ranę na łopatce i, krwawiący ślad po uderzeniu kłem
na szyi. Nie chciała ugiąć nogi, krążąc wokół Brena na napiętej wodzy i rzucając
głową. Spróbował jeszcze raz, bolącą ręką trzymając się rzemieni do wsiadania,
nie chcąc prosić nikogo o pomoc.
Ktoś chwycił go za prawe ramię, pchnął na Nokhadę i uderzył w
głowę. Bren nawet nie widział, co się szykuje. Odzyskał świadomość, siedząc na
ziemi. Też obok Jago z kimś się sprzeczała.
- Powiedz mi, co on zamierza! - To był głos Cenediego. Powiedz
mi, dokąd on według siebie zmierza, bo kiedy zaczyna się strzelanina, mężczyzna
wybiera swój prawdziwy kierunek - a może w Shejidan tak się nie mówi?
Oczy Brenowi łzawiły, w uszach dzwoniło. Spróbował podeprzeć
się zdrowszą ręką o ostrą skałę.
- On sam nie wie - mówiła Jago. - Nie wiem, co zrobi za chwilę,
nadi! To nie ateva! Czy nie o to w tym wszystkim właśnie chodzi?
- Nadi - odrzekł zimno Cenedi - informuj go, co zrobi za
chwilę. Następnym razem postrzelę go w kolano, i nie będzie żadnej dyskusji.
Potraktuj to bardzo poważnie.
Między nich i słońce wszedł potężny cień. Babs i Ilisidi, która
tylko obserwowała, jak Bren z wysiłkiem wstaje.
- Aiji-ma - rozległ się z boku cichy głos Jago, która chwyciła
go mocno za rękę i odciągnęła na bok. Stał z płonącym policzkiem i lekko
ogłuszony, a Ilisidi pojechała dalej. Cenedi poszedł za nią.
- Cholerny głupiec! - odezwała się Jago, potrząsając go za
ramię.
- Zostawiliby cię!
- Słyszałeś go? - Kolejne szarpnięcie. - On cię okaleczy. To
nie jest czcza pogróżka!
Dwóch atevich Cenediego schwytało Nokhadę i przyprowadziło ją.
Mecheita rzucała głową i opierała się. Bren wyciągnął rękę po podawaną mu wodzę
i z wysiłkiem spróbował obrócić strzemię do wsiadania - jeden z atevich zmusił
Nokhadę do ugięcia nogi i Bren włożył czubek stopy w strzemię, ale zgubił je,
kiedy Nokhada się wyprostowywała. Zwisał na rzemieniach do wsiadania, nie
dotykając stopami ziemi, aż wreszcie ktoś pchnął go z dołu na tyle wysoko, że
Bren pokonał resztę drogi już o własnych siłach.
Zobaczył, że Jago wsiada na jednego z zapasowych mecheiti.
Ostatnich dwóch jeźdźców dosiadło swych wierzchowców, Ilisidi ruszyła z miejsca
i Nokhada podążyła za nią. Nagły ruch sprawił, że Brenowi zrobiło się szaro
przed oczyma - robiło mu się szaro przed oczyma od chwili, kiedy z niewątpliwie
ważnych dla siebie powodów zaatakowała go Jago. Ręce mu się trzęsły, z trudem
utrzymywał równowagę.
- Siedź - powiedziała Jago, podjeżdżając bliżej. - Zostań z
mecheitą, słyszysz mnie, nadi?
Nie odpowiedział. Jej słowa go rozwścieczyły. Rozumiał,
dlaczego uderzył go Cenedi, doskonale wiedział, co zrobił, idąc po Banichiego.
Naruszył hierarchię personelu Ilisidi, zmusił go do walki, której Cenedi wolałby
uniknąć, ponieważ Cenedi opiekował się wdową, i, być może - Brenowi przyszło
teraz do głowy jeszcze mroczniejsze podejrzenie - ponieważ Cenedi chętnie
zostawiłby Banichiego i Jago na lodzie, zdobywając go w ten sposób wyłącznie dla
siebie i polityki wdowy. Cenedi osobiście sprzedałby go temu, kto zapłaci
najwyższą cenę, i właśnie głęboko ukryty strach przed tym pchnął go w dół
zbocza. Strach oraz równie głęboko ukryte ludzkie przekonanie, że zdrada, jaką
popełnia, jest, po ludzku mówiąc, drobna i wybaczalna. Tak mu się teraz
wydawało.
Cenedi tak nie sądził. Podobnie jak Jago - i tego właśnie Bren
nie potrafił zrozumieć ani zaakceptować.
- Słyszysz mnie, nadi? Rozumiesz?
- Gdzie jest Algini i Tano? - postawił się jej.
- Na łodzi - warknęła Jago, uderzając kolanem w jego nogę, bo
ich mecheiti znalazły się obok siebie. - Stanowią cel dla twoich wrogów, bo
mogłeś się udać i w tamtym kierunku. Będziemy jednak mieli cholerne szczęście,
jeżeli...
Jago zamilkła i spojrzała w niebo. I wypowiedziała słowo,
jakiego nigdy u niej nie słyszał.
Bren też podniósł głowę. W uszach wciąż mu dzwoniło. Nie
słyszał tego, co usłyszała Jago.
- Samolot - powiedziała. - Przekleństwo!
Ściągnęła wodzę, zostając z tyłu kolumny, a Ilisidi ruszyła
szybkim kłusem przez strumień, bliżej góry. Nokhada nabrała nagle chęci do
wyprzedzania i zaczęła roztrącać inne mecheiti, nie zwracając uwagi na
ciągnącego za wodzę Brena.
Słyszał już nadlatujący samolot. Niewiele mogli zrobić, oprócz
ustawienia się pod jak najgorszym dla niego kątem wśród wzgórz - i to wydawało
się najważniejszym celem Ilisidi. To nie był przypadkowy samolot. Sądząc po
dźwięku, leciał nisko, i Brenowi serce zaczęło walić ze strachu. Zastanawiał
się, czy llisidi i Cenedi dobrze robią, czy może powinni puścić mecheiti luzem,
a sami ukryć się wśród głazów. To cholernie nieuczciwe, kiedy strzelają do
człowieka pozbawionego broni, osłony i sposobu ucieczki - to wcale nie jest
kabiu, nie tak atevi prowadzili wojny w przeszłości - to on jest kością
niezgody, a atevi posługują się ludzką techniką i taktyką...
Jechali wzdłuż stoku za Ilisidi i Cenedim. Nokhada nie
próbowała już ich wyprzedzić. Reszta kolumny rozciągnęła się za nimi wzdłuż
strumienia. Cenedi się martwił. Bren widział, jak ogląda się za siebie i patrzy
w niebo.
Dźwięk silnika narastał. Strzelanie z powietrza jest nielegalne
- biorąc pod uwagę, że Mospheira leży w zasięgu małych samolotów, tak ustawili
limity przeciągnięcia, żeby utrudnić strzelanie. Utrzymali dużą prędkość i nie
przekazali niczego związanego z celowaniem - żadnych zapalników czy celowników;
zadaniem paidhiego było zapobiegać takim wydarzeniom...
Kiedy samolot nadleciał prosto na nich, nisko, wzdłuż
strumienia, Bren zajęty był właśnie takimi myślami. Otaczający go jeźdźcy
wyciągnęli broń, kilku z nich miało myśliwskie strzelby - a on aż do tej chwili
nie wiedział, czy atevi odkryli sposób, jak montować broń na samolotach, czy
może był to tylko bezmyślny pilot, który ich zauważył i próbuje teraz
nastraszyć.
Powłoka samolotu była na tyle cienka, że kule mogły trafić w
pilota lub w jakąś ważną część maszyny, taką jak zbiorniki paliwa. Bren nie znał
konstrukcji aż tak dobrze. To nie jego zmiana, zbudowali go pewnie za kadencji
Wilsona...
Serce zabiło mu w panice. Kolumna zatrzymała się i zawróciła do
ataku. Trzymał Nokhadę na krótkiej wodzy, a wokół niego wszyscy strzelali w
górę..
Samolot przeleciał nad nimi z rykiem silników, a nad ich
głowami nastąpiło kilka eksplozji, wywołując panikę wśród mecheiti. Po jasnych
rozbłyskach ognia zostały obłoczki dymu. Po zboczu stoczyło się kilka głazów,
wywołując lawiny żwiru.
- Rzucają ładunki wybuchowe - ktoś powiedział.
Bomby. Granaty. Atevi potrafią sobie radzić z liczbami. Nie
robią tak dużo błędów.
- Nie wyliczyli dobrze czasu - gorączkowo powiedział Bren do
Banichiego, który zatrzymał się obok niego. - Wybuchły nad nami. Poprawią to.
Przestawią zapalniki. Nie możemy dopuścić do następnych prób.
- Nie mamy wyboru - odparł Banichi. Atevi się nie pocą, ale
Banichi był spocony. Jego twarz przybrała kolor, jakiego Bren nie widział
jeszcze u żadnego atevy. Spokojnie wymienił magazynek w pistolecie. Niewiele już
mu ich zostało u pasa.
Samolot zawracał. Grupa ruszyła szybko za Babsem, posuwając się
w dół drogą wyznaczoną przez strumień. Nie zważając na zarośla, mecheiti zbiły
się tak ciasno, na ile pozwalało im ukształtowanie terenu.
Zmienia wysokość, zmienia równanie, pomyślał Bren. Tylko to im
zostało oprócz znalezienia osłony, której tu nie było, podczas gdy atewski pilot
usiłował wyliczyć miejsce zrzutu. Ktoś obok krzyczał o skoncentrowaniu ognia na
kadłubie i pilocie, a nie na skrzydłach, zbiorniki paliwa są bardziej w środku.
To szaleństwo. Bren usłyszał ryk silników i spojrzał w górę.
Samolot pikował prosto na nich, tym razem z boku, znad góry leżącej po drugiej
stronie drogi, co dawało im wąskie pole ostrzału.
Wybuchy wstrząsnęły zboczem nad nimi, obsypując ich kawałkami
skał i ziemią - Nokhada podskoczyła i rzuciła głową, starając się dosięgnąć
niewidzialnego wroga.
- Drań robi się sprytny - ktoś zauważył, a Ilisidi poprowadziła
ich szybko za odnogę wzgórza, zjeżdżając z drogi. Słyszeli, że samolot znów
zawrócił.
Z południa dało się słyszeć odległe dudnienie. Zbliżała się
burza.
Boże, proszę cię, pomyślał Bren. Chmury i osłona. Przygotował
się na uderzenie bomb. Na myśl o możliwym ratunku zaczęły mu drżeć ręce. Spocił
się pod pachami.
Jeszcze jeden przelot. Bomba spadła za nimi i podpaliła
zarośla.
Natychmiast potem przeleciał nad nimi drugi samolot i zrzucił
bomby po drugiej stronie wzgórza.
- Są dwa - zawołał Giri. - Cholera!
- Ten ciągle nie może wyliczyć - powiedział Banichi. Samolot
numer jeden wracał. Złapał ich na otwartym stoku. Banichi, Jago, Cenedi i cała
reszta spokojnie celowała, prowadząc samolot na muszkach - w ostatniej chwili
Cenedi powiedział:
- Za osłoną silnika.
Otworzyli ogień. Strzały odbiły się echem od przeciwległego
wzgórza.
Samolot przeleciał im nad głowami i nie zrzucił bomb. Minął
szczyt wzgórza i w sekundę później ziemią wstrząsnął głośny wybuch.
Nie było żadnych wiwatów. Drugi samolot nadlatywał szybko i
znów trzeba było uciekać, wybierając drogę wśród skał. Znowu zagrzmiało.
Wydawało się, że to grzmot. Nadleciał drugi samolot i zrzucił bomby. Za
wcześnie. Trafiły w szczyt wzgórza.
Wtedy zjechali ostro w dół wąskim żlebem, co jeszcze bardziej
utrudniło samolotowi zadanie. Usłyszeli, że się zbliża. Silnik mu się krztusił,
a w oddali dudnił przetaczający się grzmot - to musiał być grzmot.
Samolot jest uszkodzony, pomyślał Bren. Coś z nim jest nie tak.
Boże, w tym cała nadzieja.
Nie sądził; że rzuci bomby. Patrzył, jak przecina wąski pasek
nieba, widoczny w górze.
Wtedy tuż nad nimi nastąpił wybuch. Nokhada rzuciła się w bok.
Coś ostrego uderzyło Brena w ramię, a jadący obok niego ateva bez żadnego powodu
spadł na ziemię. Bren zobaczył błyskawicznie zbliżające się krzewy i podniósł
rękę, żeby osłonić twarz. Nokhada popędziła w górę i zatrzymała się obok Babsa.
Bren był na wpół ogłuszony wybuchem, ale mimo to słyszał, jak
jakiś mecheita kwiczy z przerażenia czy bólu. Obejrzał się - w miejscu, gdzie
jeszcze przed chwilą się znajdował, zobaczył kilku jeźdźców. Spróbował zawrócić,
Nokhada miała jednak inne zdanie i uparcie go nie słuchała. Potem ci inni
jeźdźcy dołączyli do nich.
W dalszym ciągu jednak widział Banichiego; wśród spieszonych
atevich dostrzegł Jago i usłyszał pojedynczy strzał. Kwik urwał się nagle,
zostawiając po sobie ciszę i dzwonienie w uszach. Po chwilowym zamieszaniu i
jeszcze jednym kółku zatoczonym niechętnie przez Nokhadę, wszyscy znaleźli się w
siodłach i ponownie ustawili w kolumnę.
Jeden z jeźdźców podjechał do czoła i złożył raport Cenediemu i
Ilisidi. Trzech martwych, wśród nich Giri.
Bren poczuł wtedy - właściwie nie wiedział, co. Cios w żołądek.
Utratę kogoś, kogo znał, pewnej stałej, kiedy wszystko wokół się zmieniało.
Odczuł to osobiście, zarazem jednak cieszył się, że to nie Banichi ani Jago,
miał też niejasne wrażenie, że jego poczucie straty wynika z egoizmu i jest
oparte na ludzkich kryteriach, nie mających nic wspólnego z man'chi czy
uczuciami lub brakiem uczuć atevich.
Nie wiedział już, co jest dobre, a co złe. Bolała go głowa. W
uszach mu wciąż dzwoniło, a powietrze, którym oddychał, śmierdziało dymem i
prochem. On sam i Nokhada byli pokryci ziemią, choć znajdowali się tak blisko
czoła kolumny. Ziemią i kawałkami liści. Bren nie był pewien, czym jeszcze, i
nie chciał tego wiedzieć. Pamiętał tylko wybuch bomby, falę powietrza i
odłamków, wybuch, który połączył się w jedno z wybuchami na drodze. Przypomniał
sobie, że coś mocno uderzyło go w ramię. Wciąż bolało. Ta pojedyncza celna bomba
to szczęśliwy przypadek. Więcej już się to nie powtórzy.
A może przy kolejnym ataku... Nie wiedział, jak daleko jeszcze
mają jechać ani jak długo wrogowie mogą podrywać samoloty z lotniska w Maidingi
i atakować, podczas gdy oni nie mogli nic, ale to zupełnie nic na to poradzić.
Drugi samolot jednak nie wrócił - nie wiadomo, czy rozbił się w
górach, czy dotarł na lotnisko. Tymczasem grzmiało coraz głośniej.
Po chwili pojawiło się więcej chmur, a wraz z nimi najpierw
zimny podmuch, a potem deszcz i grzmoty. Jeźdźcy wokół Brena sięgnęli do juków,
nie zsiadając na ziemię, wyciągnęli czarne plastikowe peleryny i zaczęli je
wkładać przy pierwszych spadających kroplach. Bren miał nadzieję, że też dostał
coś takiego i znalazł pelerynę w juku przy kolanie. Ktoś o niego zadbał - była
przecież pora zimnych górskich deszczów. Wydobył pelerynę, gdy zaczęło padać,
włożył ją przez głowę, przykrył siebie i siodło i zapiął pod szyją w chwili,
kiedy zaczął się chłodny potop, oślepiające gwałtowne podmuchy wiatru i woda
ściekająca po szyi.
Plastik zatrzymywał ciepło ciała jego i Nokhady, wiatr i chmury
przykrywające wzgórza stanowiły ochronę przed samolotami, a jeśli nawet Bren
drętwiał z zimna w miejscach, gdzie plastik przylegał mu do ciała albo szarpany
wiatrem podwijał się, odsłaniając koszulę i kaftan, które zaczynały już
przemakać, to każda niedogodność spowodowana przez burzę była lepsza od ataków z
powietrza.
Ponieważ Bren wierzył Nokhadzie, że będzie szła za Babsem,
wsadził sobie dłonie pod pachy i zastanawiał się, skąd Ilisidi bierze tyle sił,
bo im bardziej pozwalał sobie na rozluźnienie, tym bardziej mu ich brakowało i
tym bardziej zaczynał się trząść z zimna. Chudzi szybciej przemarzają,
powiedział Giri. Bren był pewien, że to powiedział Giri, który teraz był martwy,
rozrzucony po całym wzgórzu.
W myślach ciągle słyszał wybuchy.
Kiedy zamykał oczy, ogarniała go ciemność, wracał myślami do
tamtej piwnicy, słyszał grzmoty i czuł pistolet przytknięty do skroni. Wiedział,
że Cenedi zrobi to jeszcze raz i bez udawania, ponieważ złość Cenediego na ludzi
była związana z ambicją Ilisidi oraz tym, co atevi mogli osiągnąć, a czego nie,
zanim statek pojawił się na orbicie. Tyle Bren-jeszcze rozumiał. Man'chi
Cenediego było związane z Ilisidi, buntownicy zaproponowali Ilisidi wejście z
nimi w patronat, Ilisidi kazała Cenediemu dowiedzieć się, kim jest paidhi, i w
oczach Cenediego to była jego wina, że Ilisidi nie przyjęła propozycji
buntowników.
Stąd brał się gniew Cenediego - na niego, na to, że Ilisidi
przestała walczyć o miejsce w Shejidan, poddając się wiekowi, czasowi, Bóg wie
jakiej motywacji. Paidhi ostatnio zwątpił w swoją umiejętność rozumienia
czegokolwiek, nawet siebie. Stał się towarem wymiennym wśród atewskich frakcji.
Nie wiedział nawet, czyją jest w tej chwili własnością - nie wiedział, dlaczego
Cenedi czekał na wzgórzu na Banichiego.
Nie wiedział, dlaczego Jago jest na niego zła, że poszedł po
Banichiego.
Jago... Weszła w układ z Cenedim? Zdradziła Tabiniego i
Banichiego? Chyba nie.
Nie chciał o tym myśleć, ale on nie kierował się logiką, tylko
ludzkimi odczuciami, które w jej przypadku nie miały żadnego zastosowania. Mimo
zamętu, panującego w jego myślach, to jedno wiedział. Nie zmienił jednak zdania.
Wzgórze za wzgórzem w oślepiającym deszczu.
A potem następny głęboki żleb, gdzie wysokie zarośla okrutnicy
dawały schronienie przed podmuchami wiatru, a ich nitkowate liście ociekały wodą
i robiły im zimny prysznic przy najlżejszym dotknięciu, celnie trafiając za
kołnierze.
Te zarośla jednak stanowiły ich pierwszą osłonę przed wiatrem i
Ilisidi zarządziła odpoczynek. Zgromadziła się wokół niej cała dwunastka - Bren
z przerażeniem zobaczył, że zostało tylko dwanaścioro jeźdźców i sześć
zapasowych mecheiti, podążających za nimi przez krzaki i kamieniste zbocza. Nie
zdawał sobie sprawy ze strat, nie liczył ofiar... Nie wiedział, czy stracili
pozostałych, czy też na jakiś cichy sygnał, którego nie zauważył, grupa się
podzieliła.
Przytrzymał się rzemieni do wsiadania i zsunął się po mokrym
boku Nokhady, wcale nie mając pewności, czy potrafi wsiąść bez pomocy, ale
potrzebował odpoczynku. W pierwszej chwili musiał stać, trzymając się rzędu
Nokhady, bo nogi miał jak z waty. Nad ich głowami błysnęło i zagrzmiało. Ledwo
szedł po śliskim od deszczu zboczu, musiał się chwytać gałęzi oraz napotykanych
głazów. Szedł jak pijany, szukając jakiegoś cieplejszego miejsca, choćby tylko
trochę osłoniętego od wiatru. Zobaczył, że Banichi zsiadł, ruszył więc w jego
kierunku. Zebrało się tam czterech mężczyzn i Jago. Jeden z nich ukląkł i ujął
Banichiego za kostkę. Nasiąknięty wodą wysoki but mocno i boleśnie opinał
spuchnięty staw.
- Złamana, Jago-ji? - zapytał Bren, kucając obok niej.
- Prawdopodobnie - odparła ponuro, nie patrząc na niego. Dzięki
zapobiegliwości stajennych, oboje z Banichim mieli peleryny. Jago skuliła się,
nie patrząc na Brena, nic do niego nie mówiąc, nie mając ochoty na rozmowę;
wyczytał to z ramienia, którym się do niego odwróciła. Nie było to jednak
miejsce na sprzeczki: Banichi cierpiał ból i panowało ogólne napięcie.
Mężczyzna zajmujący się Banichim przynajmniej wyglądał na
pewnego siebie - Bren pomyślał, że może jest nawet prawdziwym lekarzem. Tabini
miał takiego w swojej straży. Podobne zabezpieczenie się ze strony Ilisidi
byłoby rozsądne, zważywszy na jej szalone eskapady i politykę, do której się
mieszała.
- Nie dotykajcie buta - rzekł Banichi na propozycję rozcięcia
cholewy. - On wszystko trzyma. Mogę przynajmniej... Przy tych słowach mężczyzna
delikatnie dotknął kostki. Banichi odrzucił głowę w tył i syknął przez zęby.
- Przepraszam - rzekł ateva i powiedział coś do jednego z
ochroniarzy klęczących obok niego. - Wytnij mi dwa albo trzy łupki.
Podszedł do nich jeszcze jeden ateva, żeby popatrzeć. Jego
kroki szeleściły po namokniętych liściach, stukały czasem o skałę. Jago kucała i
chuchała na złączone dłonie, żeby je ogrzać. Banichiemu nie podobało się, że
stanowi ośrodek zainteresowania. Opuścił się na ziemię i leżał, patrząc w
mżawkę, nie zwracając na nic uwagi. Ziąb musiał przeniknąć przez plastikową
pelerynę, przezorność personelu nie była jednak tak duża, by zabrać koce czy
namioty.
Podeszła, kulejąc, Ilisidi. Podpierała się laską, z drugiej
strony podtrzymywał ją Cenedi. Wywiązała się kolejna dyskusja między Ilisidi i
domniemanym lekarzem na temat tego, czy Banichi złamał nogę w kostce. Banichi,
ponury, podparł się na łokciu i powiedział, że noga zdrętwiała, kiedy ciężarówka
wyleciała w powietrze, a on dokończył dzieła, gdy wyskakując z wozu pod
ostrzałem, uderzył nogą w kamień.
Była to najbardziej szczegółowa relacja na temat zasadzki, jaką
Bren usłyszał dotąd od Banichiego.
- Możesz na niej chodzić? - zapytał Cenedi.
- W razie konieczności - odparł Banichi, co niczego nie mówiło
o jego prawdziwym stanie. Bren sądził, że kostka jest złamana. Noga nie
spoczywała prosto. - I niechętnie, nadi. O jakim chodzeniu myślisz?
- Poza lotniskiem w Maidingi, które wydaje się nieosiągalne,
istnieją dwie, ostatecznie trzy drogi, którymi można się stąd wydostać. -
Zagrzmiało. Cenedi odczekał, aż grzmot się przetoczy. Deszcz padał równo. -
Potwierdziło się, że możemy polegać na Wigairiin i jego pasie startowym - stąd
fałszywe tropy prowadzące przez jezioro i południowy zachód. Teraz jednak nasz
plan rozpadł się w kawałki. Buntownicy w okręgu Maidingi nie mają już
wątpliwości, że nasza odpowiedź co do ich patronatu jest negatywna i że
kierujemy się na zachód. Nie mogą być tak głupi, żeby zapomnieć o naszym związku
z Wigairiin. - Na północ stąd - rzekł Banichi.
- Na północny zachód. Na skraju wzgórz. Buntownicy na pewno
zajmą tamtejszy pas startowy - albo go zniszczą.
- Uderzenie na Wigairiin byłoby głupie - odezwała się Ilisidi -
zanim się nie upewnią, że i Malguri, i Wigairiin nie przystąpią do nich. A tego
nie wiedzieli do chwili, kiedy wyjechaliśmy ze stajennego dziedzińca.
- Nie jest to lądowisko łatwe do opanowania z powietrza rzekł
Cenedi. - Kosztowne przedsięwzięcie.
- Chyba że przerzucili siły lądem, spodziewając się odmowy
Malguri - zauważył Banichi.
- Możliwe - odparł Cenedi. - Powiem ci jednak, jakie mamy inne
możliwości. Jest granica. Prowincja Fagioni, tuż u stóp płaskowyżu Wigairiin.
Może to być miękka granica. Cholernie miękka w ciągu kilku godzin, jeśli
Wigairiin padnie, a możemy się tylko domyślać, gdzie granica z lojalnym
terytorium stwardnieje później, po upadku Wigairiin. Jest też otwarty teren,
jeśli ominiemy Wigairiin i okręg Fagioni, i zapuścimy się na teren tamtejszego
rezerwatu. To trzysta mil pustkowia, mnóstwo zwierzyny. Za to żadnej osłony.
- Więcej ataków z powietrza - wtrąciła Ilisidi.
- Jeśli wybierzemy tę drogę, to równie dobrze moglibyśmy się
poddać. - Banichi podciągnął się wyżej, żeby usiąść, skrzywił się i wsparł na
łokciu. - W Fagioni jest końcowa stacja linii kolejowej, znajdującej się w
budowie. Jeśli mają choć trochę oleju w głowie, to ją opanowali. Duże siły już
zostały wysłane. Burza nie zatrzyma pociągów. Wiedzą, że nie przepłynęliśmy
jeziora. Znają nastroje polityczne po tej stronie. Ty stanowiłaś jedyny znak
zapytania, nand' wdowo.
- Podobnie jak Wigairiin - rzekł Cenedi.
- Jest jeszcze południe - powiedział Banichi. - Maidingi. -
Przy dwunastu osobach? Wyłapaliby nas w ciągu godziny. Jeżeli prognoza pogody
była dokładna, to do wieczora mamy tę burzę. To nasza osłona. Możemy dotrzeć do
Wigairiin. Możemy się stamtąd wydostać.
- Czym? - zapytał Banichi. - Wybacz. Samolotem, który stanowi
nisko latający cel?
- Odrzutowcem - odparł Cenedi.
Banichi zmarszczył brwi i powoli wciągnął powietrze, jakby się
zastanawiał nad tym, co usłyszał.
- Ile czasu upłynęło od zajęcia Maidingi? - zapytał. - Cztery,
pięć godzin? Tabini ma do dyspozycji samolot rejsowy. Właściwie mógłby już być w
Maidingi. Mógłby przerzucić tam jakieś siły.
- A cały bunt mógłby być już stłumiony - odezwała się Ilisidi -
tylko że nie dałabym za to głowy, nadiin. Patronat jeszcze się trzyma tylko
dzięki zawierzeniu przez ogół zasadom Tabiniego. Odpowiedzieć na powstanie
przeciwko niemu brutalną siłą zamiast negocjacjami, gdy nad głowami atevich
wyraźnie wisi topór? Nie. Tabini wykonał już swój ruch, wysyłając
Brena-paidhiego do mnie. Jeśli ten samolot wystartuje z Wigairiin, jeśli ja,
znana przeciwniczka Traktatu, osobiście zwrócę mu paidhiego, to wytrącę im broń
z ręki. To wojna polityczna, nadiin.
- Materiały wybuchowe spadające nam na głowy, nand' wdowo, nie
były rezultatem nagłego natchnienia. Zostały przygotowane zawczasu. Wcześniej
też postanowiono zrzucić je z samolotu. Z pewnością zostałaś poinformowana o
zakresie ich przygotowań.
- Z pewnością mój wnuk poinformował cię, nadi - odparła Ilisidi
- o zakresie swoich.
O czym my mówimy? zadał sobie pytanie Bren. O co oni się
wzajemnie pytają?
O zdradę?
- Tak się składa - rzekł Banichi - że powiedział nam bardzo
mało. Na wypadek, gdybyś pytała.
Mój Boże.
- Jedziemy do Wigairiin - odezwał się Cenedi. - Nie zamierzam
stawiać życia `Sidi na Maidingi albo na to, co mógł zrobić, lub nie, Tabini.
- Muszę zostawić to wam - powiedział Banichi, krzywiąc się i
nieco przesuwając łokieć: - Znacie ten teren. Wiecie, kto tu mieszka.
- A zatem wszystko jasne - rzekła Ilisidi i przypieczętowała
swoje słowa sztychem laski w namokłą ziemię. - Dzisiejszej nocy. Jeśli deszcz
nie przestanie padać. Cenedi mówi, że w razie turbulencji nie jest to łatwe
lotnisko. Szczególnie, jeśli strzelają do samolotu z ziemi. O ile tam dotrzemy,
możemy je utrzymać, mając dwie strzelby, a przez resztę nocy odpocząć i
zawiadomić mojego leniwego wnuka, żeby po nas przyleciał.
- Lądowałem tam - odezwał się Cenedi. - Osobiście. To wąski
teren, jeden krótki pas startowy. Startuje się i ląduje tuż nad urwiskiem, za
stromą skałą, gdzie mogą siedzieć snajperzy. Dom to willa z XVII wieku,
połączona z Fagioni żwirową drogą. Poprzednia aiji miała zbyt arystokratyczne
maniery, by latać do Maidingi i tam korzystać z samolotów rejsowych. Żeby
wybudować sobie lotnisko, kazała zburzyć XIV wieczny mur obronny.
- Komisja Konserwacji podniosła straszny rejwach - dodała
Ilisidi. - Odrzutowcem lata, i utrzymuje go, syn aiji. Jest tam miejsce dla
dziesięciu osób. Nasza dwunastka zmieści się z łatwością. Cenedi ma uprawnienia,
a baki będą pełne.
- Jeżeli buntownicy nie wprowadzili do Wigairiin nikogo od
siebie - powiedział Cenedi - albo nie wysłali oddziału do Fagioni, żeby dotarł
tam lądem, jak mówiłeś. W wypadku, gdy będziemy musieli zająć lotnisko siłą,
nadiin, czy przyłączycie się do nas? To właśnie może być ten konieczny spacer.
- Oczywiście - odrzekł ponuro Banichi. - Jestem z wami.
- Absolutnie - potwierdziła Jago.
- Paidhi będzie wykonywał rozkazy - powiedział Cenedi.
- Będę... - zaczął Bren, ale Jago uderzyła go wierzchem dłoni w
kolano.
- Paidhi - rzekła zimno - będzie robił to, co mu się powie.
Dokładnie to, co mu się powie.
- Chciałbym... - zaczął mówić we własnym imieniu, że rozumie,
ale przerwała mu Jago:
- Zamknij się do cholery, nadi.
Zamknął się. Jago postawiła go w krępującej sytuacji. Gniew i
napięcie między Banichim i Cenedim były wprost wyczuwalne. Bren patrzył na
rozmokłą ziemię i obserwował, jak krople deszczu padają na zeszłoroczne liście i
porozrzucane kamienie, a atevi omawiali położenie Wigairiin i lotniska oraz
związki aiji Wigairiin z Ilisidi. Tymczasem domniemany lekarz przyniósł łupki -
trzy proste patyki - i bandaż, po czym zajął się kostką Banichiego.
- Mocno, nadi - Banichi przerwał omawianie strategii, a lekarz
odparł krótko, że powinien zająć się tym, na czym się zna.
Banichi zmarszczył się wtedy i odchylił do tyłu - pewnie go
zabolało - i wyłączył się z rozmowy. Jago zadawała szczegółowe pytania o układ
terenu.
Na południu podejście do Wigairiin zagradzał stary mur z
historyczną, ale używaną żelazną bramą; nie sądzili jednak, że będzie przed nimi
zamknięta. Tuż przed tym podejściem planowali odesłać mecheiti do Malguri z
jednym atevą, który miał je odprowadzić, posuwając się na północny zachód wzdłuż
muru.
Dlaczego nie umieścić ich w stajni w Wigairiin? zapytał w duchu
Bren. Dlaczego nie zostawić ich w odwodzie, gdyby sprawy przybrały zły obrót i
musieli uciekać?
Wydawało się, że jak na kobietę, która najwyraźniej dużo
wiedziała o atakowaniu fortec, o lotniskach i strategii, Ilisidi, pozbywając się
takiego wsparcia, postępuje głupio. Jeszcze głupsze było to, że Cenedi pozwolił
jej na wydanie takiego rozkazu, a zgoda na to Banichiego i Jago była dla Brena
zupełnie niezrozumiała. Już chciał coś powiedzieć na ten temat, ale przecież
Jago kazała mu się zamknąć, a on i tak nie pojmował, co się dzieje.
Najlepiej zapytać później, pomyślał.
Wdowa prawdopodobnie wyżej ceniła Babsa niż kogokolwiek z nich.
To nawet potrafił zrozumieć. Była już stara. Pomyślał, że gdyby cokolwiek stało
się Babsowi, to Ilisidi straciłaby coś, czego nic by jej już nie zastąpiło.
To był ludzki sposób myślenia. W gruncie rzeczy, tak jak
zawsze, ilekroć chodziło o uczucia atevich, Bren nie miał pojęcia, co czuje
Ilisidi względem Babsa, za skaleczenie którego zaatakowała kiedyś winnego.
Zapominając o tym choćby na chwilę, wpadało się w pułapkę, w niepokojące koleiny
ludzkiego myślenia, i to w samym środku wydarzeń, od których rozdzwaniały mu się
dzwonki alarmowe wzdłuż kręgosłupa, podczas gdy on sam nie potrafił właściwie
odczytać sygnałów dawanych mu przez Banichiego i Jago. Boże, co tu się dzieje?
Nie mógł jednak złożyć całego obrazu, nie znając motywów
postępowania Ilisidi, nie wiedząc, co najbardziej ceni, do czego podchodzi
logicznie, a do czego nie chce stosować logiki.
Takimi właśnie zawikłanymi ścieżkami biegły jego myśli. Posuwał
się wzdłuż fałszywych łańcuchów logicznych, dopatrując się powiązań między
odseparowanymi wydarzeniami, usiłując znaleźć te szczegółowe i niestałe punkty,
które niegdyś przekonały go, by wierzył w to, co uznał za prawdziwe - wskazówki
dotyczące motywacji i postawy politycznej osób, które kłamały, podając mu do
wierzenia najbardziej podstawowe fakty.
Iść za głosem instynktu? To najgorsza rzecz, jaką mógłby
kiedykolwiek zrobić paidhi. Instynkt to ludzka cecha. Uczucia są ludzkie.
Rozsądne oczekiwania z całą pewnością są ludzkie...
Ilisidi powiedziała, że powinni już ruszać. Według atewskieg
osądu mieli przed sobą dobre pięćdziesiąt mil i wdowa oceniała, że powinni
dotrzeć na miejsce przed północą.
- Naszym atutem jest szybkość - powiedziała - czego te
mieszczuchy na pewno nie będą się spodziewały. Nie wiedzą, że mecheiti potrafią
przebyć te wzgórza bardzo szybko. Zapomnieli cholernie dużo. I cholernie dużo o
tej ziemi nigdy się nie nauczyli.
Wstając, oparła się na lasce. Bren chciał wierzyć w Ilisidi.
Chciał wierzyć w to, co mówi. Emocjonalnie - zgodnie z ludzką psychiką - chciał
wierzyć, że wdowa kocha tę ziemię i chce ją uratować.
A z intelektualnego punktu widzenia chciał wiedzieć, dlaczego
odsyła mecheiti do Malguri - gdzie prawdopodobnie buntownicy jedzą śniadanie na
historycznej porcelanie.
Nie wstał z innymi. Zaczekał, aż lekarz spakuje swoje rzeczy i
odejdzie.
- Banichi-ji - odezwał się, klęcząc. Starał się mówić jak
najciszej. - Wdowa odsyła mecheiti. Mogą się nam jeszcze przydać. Czy to
rozsądne, nadi-ji?
Żółte oczy Banichiego niczego nie wyrażały. Zamrugał, ale jego
usta pozostały nieruchome.
- Banichi, dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego Tabini zrobił to, co zrobił? Dlaczego po prostu mnie
nie zapytał, po której stronie stoję?
- Wsiadaj, nadi.
- Dlaczego się rozzłościłeś, kiedy przyszedłem ci pomóc? Cenedi
zostawiłby cię tam bez wsparcia, bez...
- Powiedziałem: wsiadaj. Ruszamy.
- Czy ja się całkowicie mylę, Banichi? Odpowiedz mi. Dlaczego
wdowa odsyła mecheiti, skoro nie mamy jeszcze pewności, że nic nam nie grozi?
- Pomóżcie mi wstać - rzekł Banichi i sięgnął po rękę Jago.
Bren chwycił go za drugą i Banichi wstał chwiejnie, wypróbowując obandażowaną
kostkę. Nie udało się. Banichi syknął i przy ich pomocy pokuśtykał do swego
mecheity. Chwycił rzemienie do wsiadania.
- Banichi-ji. - Być może to była ostatnia chwila, kiedy Bren
miał Banichiego i Jago wyłącznie dla siebie. Był zdesperowany. - Banichi, oni
nas okłamują. Dlaczego?
Banichi spojrzał na niego i przez jedną straszliwą chwilę Bren
poczuł, jak to jest stawić czoło Banichiemu... zawodowo. Banichi jednak odwrócił
się, chwycił najwyższy rzemień przy siodle i skokiem, który nie zdradzał jego
wzrostu i wagi, usadowił się na wierzchowcu bez zmuszania go do ugięcia nogi.
Jago lekkim pchnięciem pomogła mu przerzucić nogę przez siodło, Banichi chwycił
wodzę i zwiesił obandażowaną nogę, nie wkładając stopy w strzemię.
Banichi nie potrzebował jego pomocy. Atevi nie mieli
przyjaciół, atevi opuszczali się nawzajem w obliczu śmierci. Paidhi miał
przemyśleć sobie ten fakt dotyczący życia i śmierci, a żeby to wszystko
wyjaśnić, powinien znaleźć dla niego jakieś racjonalne wytłumaczenie, możliwe do
przyjęcia przez innych ludzi.
W tej jednak chwili, posiniaczony przez atevich paidhi nie
rozumiał, nie potrafił, nie chciał zrozumieć, dlaczego Banichi miałby umrzeć bez
najmniejszego powodu ani dlaczego Banichi też go okłamywał.
Atevi wsiadali, gotowi do odjazdu. Jeśli Bren nie wsiądzie na
Nokhadę, to Nokhada odejdzie, był o tym święcie przekonany, a oni wrócą, żeby
dowiedzieć się, o co chodzi i nikt nie będzie zadowolony z jego postępowania.
Przyśpieszył kroku, kuśtykając na skos po stoku, i złapał Nokhadę.
Wtedy usłyszał za sobą kroki kogoś prowadzącego mecheitę po
nasiąkniętych liściach. Odwrócił się.
To była Jago. Bardzo rozgniewana Jago.
- Nadi - odezwała się. - Nie dysponujesz jedynymi słusznymi
poglądami na świecie. Tabini-ji powiedział ci, gdzie masz być i co robić.
Słuchaj go.
Podciągnął pelerynę przeciwdeszczową i rękaw kaftana, pokazując
sine ślady na przegubie ręki.
- To za ich gościnność zeszłej nocy, za pytania wdowy - na
które odpowiedziałem, Jago-ji, odpowiedziałem na tyle dobrze, że mi uwierzyli.
Nie ponoszę żadnej winy za to, co się dzieje, do cholery. Nie wiem, co takiego
zrobiłem od wydarzeń w apartamencie wdowy, że tak na mnie patrzysz.
Jago uderzyła go w twarz dostatecznie mocno, żeby Bren musiał
oprzeć się o bok Nokhady.
- Rób, co ci się mówi! - powiedziała. - Czy słyszę jeszcze
jakieś pytania, nadi?
- Nie - odparł, czując w ustach smak krwi. Oczy mu łzawiły.
Jago odeszła i wsiadła na mecheitę, cały czas odwrócona do niego plecami.
Uderzył Nokhadę mocniej, niż zamierzał. Ugięła nogę i została w
przyklęku, dopóki nie włożył stopy w strzemię i nie usiadł pewnie w siodle. Na
oślep, ze złością szukał drugiego strzemienia, z furią odgarnął zawadzającą
pelerynę. Nokhada ruszyła ostro do przodu. Po głowie i po ręce, którą próbował
się osłonić, smagnęło go nisko zwisające pnącze.
Jago nie uderzyła z całej siły - zostawiła mu tylko na twarzy
płonący odcisk dłoni, ale nie to było ważne. Liczył się gniew - jej i jego,
gniew, który znalazł sobie bardzo czułe miejsce i mocno, boleśnie w nie uderzył.
Bren nie wiedział, co takiego powiedział czy zrobił. Nie
wiedział, czym sobie zasłużył na jej nieopanowaną, a może wykalkulowaną złość,
poza tym, że Jago nie podobały się pytania, które zadał Banichiemu. Głos
rozsądku podszeptywał mu, że w coś wdepnął. Gdyby odrzucił wszelkie osobiste
uczucia, gdyby przypomniał sobie dokładnie, co powiedział on i wszyscy inni, to
może doszedłby do jakichś wniosków. To jego zadanie. Nawet jeśli atevi nie
chcieli, żeby je wykonał. Nawet jeśli nie miałby dotrzeć tam, gdzie mu obiecali.
Na chwilę zapomniał o wzgórzu. Był na balkonie Ilisidi, na
przenikliwym wietrze, w ciemnościach, gdzie Ilisidi cisnęła mu w twarz fakty i
prawdę, w którą nie mógł już wierzyć, tak jak nie mógł wyrzucić z pamięci
fragmentów niedawnej sprzeczki.
Znajdował się na górze, sam, widział tylko śnieg...
Był na zalanym deszczem stoku, gdzie Jago opuściła Banichiego,
przeklinając Brena za to, że wrócił po jej własnego partnera - w kłębach dymu,
pod gradem śmigających we wszystkich kierunkach pocisków.
Pochłonęła go piwnica, chwila ciemności, beznadziejnego
przerażenia... Nie wiedział, skąd się wzięła ta nawała obrazów, przesłaniająca
mokre od deszczu zarośla i jadących przed nim Ilisidi i Cenediego.
To wstrząs spowodowany minioną nocą, naturalna reakcja,
powiedział sobie w duchu Bren, tak jak powracające w pamięci szczegóły wypadku,
które nakładają się na obecne wydarzenia - ale niebezpieczeństwo jeszcze nie
minęło. Nigdzie wokół niego nie było bezpiecznego miejsca. I być może nigdy już
nie będzie, tyle że przestały spadać bomby, a on musi się skupić i zająć się
tym, co w tej chwili szarpie za linki jego dzwonków alarmowych.
Banichi nie bez kozery zarzucił Ilisidi przygotowanie tych
bomb.
Banichi nie był lekkomyślny. Chciał się czegoś dowiedzieć i
udało mu się: Ilisidi zapytała go ostro, co wie, a Banichi stwierdził, że nie
zna planów Tabiniego, dając jej w ten sposób do zrozumienia, że jeśli się
odważy, może go zabrać do tej piwnicy i spróbować coś z niego wydobyć.
Jaki Banichi miał cel w tej konfrontacji? Po co Ilisidi zadała
mu to pytanie, skoro tyle innych rzeczy było niepewnych? Kwestionując intencje
Tabiniego:..
Boże, mózg przestaje mu funkcjonować. Gubi wątki. Robiło się
ich coraz więcej, a myśli kłębiły mu się pod czaszką - to pozbawione sensu, to
znów przyprawiając go o straszliwy, irracjonalny strach, że wciąż jeszcze nie
rozgryzł atevich, z którymi przebywa.
Jago nie poparła Banichiego w żadnym punkcie. Jago zaatakowała
jego, Brena, kazała mu się zamknąć, poszła za nim na drugą stronę wzgórza, żeby
powtórzyć mu dokładnie to samo, co już powiedziała przedtem, a potem uderzyła go
w twarz. Mocno.
Nikt nie wziął jej tego za złe. Ani Ilisidi, ani Banichi. Na
pewno o tym wiedzieli. I nikt jej nie powstrzymał. Nikt nie miał jej tego za
złe. Nikogo to nie obchodziło, bo znajdujący się wśród nich człowiek nie
odczytał sygnałów. Być może wszyscy wiedzieli, dlaczego Jago to zrobiła.
Wątki mnożyły się i plątały. Przez chwilę otoczyła go ciemność
i Bren stracił równowagę - odzyskał ją z bijącym sercem, oparłszy rękę na mokrej
od deszczu łopatce Nokhady.
Znów znajdował się w piwnicy. Słyszał kroki, ale wiedział, że
to złudzenie. Oberwał po głowie, która bolała go jak diabli, a ból docierał
nawet do mózgu. Kroki umilkły, gdy skoncentrował się na szarości wzgórz, dotyku
zimnych kropli spadających mu z gałęzi za kołnierz. Nierówny chód Nokhady
właściwie nie robił już na nim wrażenia.
Banichi jednak żył. Bren dokonał tego wyboru bez względu na to,
jak pojmowali go atevi. Nie potrafiłby odejść i zostawić go wraz z Jago, nie
potrafiłby odejść z Ilisidi - nie wiedział, jaka część ludzkiego umysłu podjęła
tę decyzję, tak jak atevi nie wiedzieli, dlaczego, tak jak mecheiti, idą za
przywódcą, choćby się waliło i paliło. Nie pomyślał, ani przez chwilę nie
pomyślał, że aijiin strzelają do siebie właśnie przez paidhiego. W tamtej
chwili, kiedy zbiegał w dół, nie miało to dla niego znaczenia i wciąż nie
wiedział, czy mato znaczenie dla innych - na pewno nie dla Tabiniego, który w
ciągu godziny mógł otrzymać jego następcę, dla Tabiniego, który nie zamierzał go
słuchać, gdyby znalazł się w czyichkolwiek rękach i który nie zamierzał płacić
za jego powrót, więc cały ten żart obracał się przeciwko tym, którzy sądzili
inaczej. Bren nic już nie wiedział. Wszystko to było zbyt najeżone techniką -
więc i ten żart obracał się przeciwko nim.
Jedyną cenną rzecz zawierał jego komputer, który powinien
wrzucić do najbliższej głębokiej rozpadliny lub roztrzaskać o skałę, tylko że
nie wymazałoby to danych, a jeśliby atevi go znaleźli, to wcale nie jest
powiedziane, że ich specjaliści nie daliby sobie z tym rady. A Bren nie chciał,
żeby jego komputer dostał się w ręce specjalistów.
Powinien był wymazać te dane ze względów bezpieczeństwa. Gdyby
tylko mógł włączyć komputer.
Boże, co robić, żeby uratować sytuację? Dać im do zrozumienia,
że komputer jest cenny? A potem zawalić sprawę, pozbywając się go?
Zostawić go w torbie i pozwolić, żeby Nokhada zaniosła go z
powrotem do Malguri?
W Malguri siedzą buntownicy.
Ciemność. Schody pojawiają się i znikają.
Zwierz na ścianie. Samotny przez te wszystkie stulecia. Nie
mógł porozmawiać z Banichim. Banichi nie mógł chodzić, nie mógł walczyć - Bren
nie dowierzał własnym oczom, widząc, jak Banichi leży na ziemi, wycofując się z
dyskusji i oddając ich życie w ręce Cenediego.
Cenedi jest jednak zawodowcem. Jak Banichi. Być może oni razem
rozumieli to, czego on zrozumieć nie mógł.
Jago przeszła przez wzgórze, żeby obarczyć go winą i dać mu w
twarz.
Zimno i ciemno. Kroki w korytarzu. Głosy rozmawiające o czymś
do picia, cichnące na schodach.
Do głowy przytknięto mu pistolet, a on myślał o śniegu, o
zewsząd otaczającym go śniegu. I ani żywego ducha. Jak Banichi. Po prostu odciął
się od wszystkiego.
Poddał się.
Nie rozumiał. Giri nie żyje. Bomby zasypywały odłamkami całe
zbocze, a Bren nie wiedział dlaczego, to było zupełnie bez sensu, że bomba
spadała na tę, a nie inną osobę. Bomb nic nie obchodziło. Dla jego wrogów jego
śmierć musi być równie korzystna jak pojmanie go.
Jednak Cenedi tego nie powiedział.
W głowie Brena pojawiło się coś w rodzaju szumu morza, ból pod
wpływem uderzenia Cenediego i ból zadany przez Jago zlały się w jedno i nie
pozwalały mu stracić poczucia miejsca.
W jego apartamencie, zanim przyszła wiadomość od Cenediego,
zanim wyszła z niego Jago, powiedziała mu... Nigdy cię nie zdradzę, nadi Bren.
Nigdy cię nie zdradzę...
następny |